Czas, nowofundland i przebiśniegi

Podróżowaliście kiedyś w czasie? Ja mam wrażenie, że właśnie tego ostatnio doświadczyłem. Gdzieś, zaraz po sylwestrze wpadłem w portal naginający naszą rzeczywistość i trafiłem od razu w Marzec.

Chciałbym móc powiedzieć, że byłem bardzo zajęty, że miałem tyle na głowie, że czas tak przeleciał. Byłoby to jednak wierutne kłamstwo.

Czytałem ostatnio książkę. Główny bohater zmagał się z problemami psychicznymi które autor opowiadania zobrazował w genialny sposób. Depresja, wątpliwości, uczucie przytłoczenia i chęci poddania się, wcieliły się w czarnego psa. Zwierzak, niby bezpański a jednak ciągle obecny przy głównej postaci. Wyglądał zza rogu, pałętał się gdzieś między nogami w tłumie ludzi, biegał w mijanym parku.

Dochodzę do wniosku, że każdy człowiek po przekroczeniu pewnego pułapu rozwoju psychicznego, wrażliwości i powiedzmy „inteligencji”, ma takiego pupila. Czasami o nim wiemy a czasami idziemy przez świat niczego nieświadomi aż nie dorwie nas gdzieś znienacka, wciągnie w krzaki i porządnie poturbuje.

Wyobrażam sobie, że szedłem przez życie z moim „psem”- wielkim, czarnym, nowofundlandem – bo tak lubię sobie go wyobrażać, na długiej smyczy. Była to zdrowa relacja. Wiedziałem, że on tam był, że łączyła nas tylko cienka linka ale wieloletnia tresura i związek pozwalały nam iść obok siebie z gracją i wzajemnym szacunkiem.

Niedawno jednak drogę przebiegł nam kot; jak ja nie lubię kotów! 70cio kilogramowe bydle rzuciło się za nim w pogoń, szarpnęło smyczą, wrzuciło mnie do kałuży pełnej błota przy czym chętne do dalszej zabawy, położyło swoje łapska na moich ramionach nie pozwalając mi już wstać.

Jakby tego wszystkiego było mało, z boku przyglądał się temu wszystkiemu tajemniczy jegomość. Przysiągł bym że gdzieś go widziałem, że o tym czytałem, dawno temu. Przysiągłbym, że nazywa się Kryzys. Kryzys Wiekuśredniego. Ale głowy za to nie dam.

Żeby to wszystko lepiej zrozumieć musimy znowu pofolgować z czasem i poznać pewnego młodego człowieka.

Odkąd pamiętam zawsze lubiłem poznawać świat i uczyć się nowych rzeczy. Proszę nie mylcie tego ze szkołą – po niej pozostał mi tylko niesmak. Moją siłą napędową zawsze było jakieś „zainteresowanie”. Od modelarstwa przez puzzle, ćwiczenia fizyczne, książki, akwarystykę aż do gier komputerowych i wiele innych. To były moje azyle, miejsca do których mogłem uciec jeżeli pojawiały się jakieś problemy czy coś w czym mogłem się wykazać i rozwijać. Zawsze musiałem mieć w życiu jakiś „projekt”.

Oczywiście wiele z tych rzeczy które robiłem umarło śmiercią naturalną. Obecnie interesuje się głównie programowaniem (chciałbym kiedyś w jakimś stopniu powiązać z tym pracę zawodową), udoskonalaniem i planowaniem produkcji (chociaż niestety w dużej części tylko w teorii) i tworzeniem gier (bardzo amatorsko). Nie będę was zanudzał setkami pomniejszych rzeczy jak ogrodnictwo, automatyka domowa czy pisanie opowiadań. Aby dopełnić obrazu dodam, że z upływem lat stałem się perfekcjonistą, żeby nie powiedzieć pedantem – wszystko co robię staram się robić idealnie lub najlepiej jak tylko mogę.

Przez ostatnie dwa lata nie miałem jednak na nic czasu bo wykańczałem samodzielnie dom. To też dawało mi sporą satysfakcję więc nie narzekałem. Gdy jednak już w nim zamieszkałem to nie mogłem się odnaleźć i powrócić do tego co było wcześniej. Żona poszła do pracy, dzieci mają dalej do szkoły i przedszkola więc trzeba je zawozić, wracam do domu i jest już ciemno. Nie chciałem się za nic zabierać, bo przecież i tak zaraz bym musiał od tego odejść z powodu braku czasu. W pracy raczej nie mogłem dać upustu swoim pomysłom i w pełni się realizować.

Na domiar tego wszystkiego, gdzieś z tyłu głowy pedant któremu zaraz stuknie 40tka
pytał mnie ciągle: „Co zrobiłeś w swoim życiu? Do czego doszedłeś? Dlaczego marnujesz czas zamiast rozwijać jakieś umiejętności i spełniać marzenia? Czy to na pewno jest idealnie zrobione?”.

I tak trafiłem na mentalną karuzelę rodem z horroru. Spędzając czas z dziećmi zastanawiałem się czy robię to wystarczająco długo i czy robię to wystarczająco dobrze. Jednocześnie miałem poczucie zmarnowanego czasu w którym powinienem albo rozwijać się w kierunku np. programowania lub planować w pocie czoła jak „coś w życiu osiągnąć”. Kiedy skupiałem się na tym drugim to obwiniałem się, że nie spędzam dość czasu z rodziną. Do tej całej mieszanki dochodziły jeszcze prace domowe, drobne wykończenia, spędzanie czasu żoną i dbanie o związek. Zimowa aura i chore dzieci dodatkowo wzmagały to przerażające uczucie jakbym był zamknięty w klatce.

O bogowie całego wszechświata, jak ja doceniłem wtedy czas. Coś o czym prawie w ogóle nie myślimy za młodu nagle staje się ważne i potrzebne jak powietrze. Ja zacząłem się dusić.

Aby nie spalić na dobre swoich obwodów mój umysł zastosował chwyt samoobrony i wybił mi kilka bezpieczników świadomości.

Stałem się, swoim największym koszmarem – człowiekiem pustakiem. Od dziecka nazywałem tak ludzi którzy żyli tylko po to aby przeżyć. Bez ambicji bez marzeń. Zawsze po najmniejszej z możliwych linii oporu. Odbębnić 8h w robocie, 5 dni w tygodniu, byle do weekendu, napić się wódeczki. Wakacje, wzorowo nad Polskie morze byle nie za daleko od monopolowego. Z hobby to najczęściej piłka nożna. Od razu dodam, że nie chcę tutaj nikogo obrazić bo każdy ma prawo żyć jak mu się podoba. Założę się, że większość takich ludzi jest po prostu szczęśliwa.

No i tak się toczył czas. W pracy stagnacja, powrót do domu, pobyć trochę z dzieciakami, pomóc w lekcjach a później jak najszybciej zdzielić umysł obuchem – jedno piwko, dwa, jakiś serial, głupie filmy na YouTubie i spać. Byle nie myśleć. Zero chęci do jakichkolwiek prac w domu poza mechanicznym sprzątaniem, bardziej odruchowo i dla świętego spokoju (aby uniknąć pretensji od żony). Zero chęci do planowania ogrodu, nauki programowania itp. Dzień zlewał się z dniem i w sumie nie było by źle gdyby nie ten krzyk… O mamusiu! Jak to genialnie ujął Rogucki w swojej piosence:

…To wściekłość i wrzask,

Ona wzbiera we snach,

Ona chwyta mnie w locie i

Powstrzymuje czyny.

My zaplątani w niemoc

Znów nie wypełniliśmy się

Nie wypełniliśmy się

Dniem…

Coma. Ostrość na nieskończoność

To mechanizm samoobrony, Twoje JA, bije Cię po bebechach, ściska mocno, gdyby mógł to strzeliłby by Ci w pysk i kazał się ogarnąć, wziąć w garść. I tak krok po kroczku zacząłem moją drogę powrotną.

Na szczęście, z każdej podróży musimy, albo powinniśmy, kiedyś wrócić. Cieszę się, że  jestem już z powrotem. W tym miejscu i tym momencie. Jakoś to wszystko sobie poukładałem w głowie i przetrawiłem wszystkie ciężkostrawne myśli.

Nadciąga wiosna. Lodowe czapy czarnych myśli w mojej głowie topnieją. Twarz szczęścia wygrzewa się w, co raz to cieplejszych, promieniach słońca a chęci do życia i działania z uporem maniaka puszczają zielone pędy niczym przebiśniegi. Mój kochany nowofundland siedzi grzecznie w kojcu i obgryza kość naszej niezgody.

Zalecenia doktora Sebastiana i wnioski

Przede wszystkim, spróbować wymagać mniej od siebie samego. Małe kroczki! Codziennie trochę, codziennie coś, codziennie do przodu. Pielęgnować marzenia i pasje ale nie dać się im zbytnio rozrosnąć i zasłonić słońca.

Pozwolić sobie na marnowanie czasu na bycie „zwykłym”.

Nie ma czegoś takiego jak rzeczywistość jest tylko sposób w jaki postrzegamy świat. Mój świat zawsze był fantastycznym miejscem pełnym szalonych pomysłów, wyobraźni i możliwości. Chciałbym do tego powrócić, chociaż im człowiek starszy tym to trudniejsze.

Trzeba żyć tak żeby nie zwariować. Tylko kto wie jak to zrobić!?